Seksoholizm od innej strony.

29 marca 2020

6 min. czytania

227 odsłon

Coraz częściej rozmawiając z różnymi osobami, dostrzegam, że część identyfikuje się, jako osoby uzależnione od seksu. Nie rzadko, wbrew pozorom, są to też kobiety. Oczywiście nie jest to coś, o czym mówi się łatwo, wydaje się nawet, że kobietom troszkę prościej jest o tym powiedzieć. Czasami w głosie jest wyczuwalny element dumy, bo przecież to my kobiety, to te, które zawsze skarżą się na ból głowy, natomiast to mężczyźni to Ci „erotomani”, którzy myślą tylko o jednym. Natomiast, gdy spotkam mężczyznę, który się do tego przyznaje jest on zakłopotany, nie wie co robić, nie potrafi znaleźć ucieczki od tego.

Każdy z nas zna piramidę potrzeb, której autorem jest amerykański psycholog Abraham Maslow. Składa się ona z 5 szczebli, na dole znajdują się te najważniejsze potrzeby, jeśli ich nie zrealizujemy, nie będziemy w pełni efektywnie mogli piąć się ku górze. Ku potrzebom wyższego rzędu.

foto_blog

Pierwsza, dotyczy potrzeby fizjologicznej i to na niej się skupimy. Otóż, większość osób myśli, że poza snem i pożywieniem nic więcej się tam nie znajduje. Otóż nie, jest jeszcze np. unikanie zimna, gorąca, ale najciekawszą dla mnie jest potrzeba seksualna. Gdy te potrzeby nie są zaspokojone, wówczas dominują one nad innymi potrzebami i wypierają je na dalszy plan, tym samym podporządkowując sobie całe zachowanie człowieka. Przykładem może być Janek, człowiek biedny, żyjący z pracy dorywczej, posiadający na utrzymaniu trójkę dzieci. Całe jego zachowanie nakierowane jest na zapewnienie jakichkolwiek pieniędzy na jedzenie, pieluchy i odzieży dla swoich pociech. Tym samym, w takiej sytuacji, nie ma mowy, aby zostały zaspokojone potrzeby bezpieczeństwa (stabilizacji, opieki czy porządku i prawa). Będzie to możliwe po zrealizowaniu potrzeb fizjologicznych.

Jak do tej pory, w żadnej oficjalnie uznanej klasyfikacji chorób i zaburzeń, nie ma mowy o uzależnieniu od seksu. W takim razie, pewnie spytacie, z czym mamy do czynienia, skoro dookoła mówi się o tym rodzaju uzależnienia? Jak nazwać to, kiedy mamy większe możliwości i ochotę niż koleżanka, z którą pijasz kawę albo kolega z pracy? Możemy nazwać to, po pierwsze większą potrzebą – tak, po prostu. TYLKO specjalista może zdiagnozować czy faktycznie możemy mówić o hiperseksualności albo o nadmiernej nadpobudliwości seksualnej, bo takie dwie jednostki wyróżniają klasyfikacje DSM V i ICD-10.

Dlaczego zaznaczam, że tylko specjalista? Ostatnio spotykam się z osobami, którym znajoma, ksiądz, przyjaciel zdiagnozował to „ciężkie uzależnienie” i te osoby, przed dłuższy czas żyły z przypiętą etykietą na swoim czole „uzależniony od seksu”. Później taka osoba żyje z tą etykietą, przeżywając wewnętrzne rozdarcie (i cierpienie), ponieważ jako rodzic, wychowujący swoje dziecko, nie czuje się autorytetem do mówienia na temat zdrowych relacji, również intymnych. Wchodzi do łóżka ze swoją (kolejną) partnerką, partnerem budując z pozoru udane życie intymne, któremu jednak nie towarzyszy wewnętrzne spełnienie, a coraz bardziej do głosu dochodzą negatywne emocje. Często taka osoba idzie do kościoła, jako przykładny wierzący na zewnątrz, a w środku przeżywający samopotępienie.

Otóż, żeby stwierdzić hiperseksualność muszą wystąpić przez minimum 6 miesięcy nawracające intensywne fantazje, pobudki lub zachowania seksualne powiązanie z trzema lub więcej spośród pięciu kryteriów. Jeśli jesteś kobietą bądź mężczyzną, który zauważa w swojej osobistej aktywności seksualnej objawy takie jak nałogowość, kompulsję, impulsywność, deficyt samokontroli, podniecenie seksualne związane z przeżywaniem negatywnych stanów, to proponuję Ci abyś zgłosił się do specjalisty w tym zakresie. Wszystko co budzi Twój niepokój, w tej dziedzinie powinno być skonsultowane, by nie budowało to wzorca dla Twojego życia i Twoich relacji.

Jeśli jesteś partnerką, bądź partnerem osoby, która boryka się z tym problemem, nie potępiaj. Możesz natomiast, być wsparciem. W końcu to ten sam mężczyzna, ta sama kobieta, którą pokochałeś/łaś, aktualnie z problemem, który się wkradł z jakiegoś powodu do jej/jego życia. Jeśli razem przejdziecie przez to, gwarantuję, już mało rzeczy będzie przed Wami, które będą mogły spowodować rozpad Waszego związku. Staniecie się silniejsi oboje i bardziej czuli na swoje potrzeby.

Po co ten tekst?
Po pierwsze chcę zwrócić uwagę na fakt do kogo kierujesz się z pomocą, jeśli jest to grupa „samo się prowadząca”, bez nadzoru specjalisty, pamiętaj - efekt terapeutyczny może być odwrotny. Po drugie proszę, jeśli jesteś osobą, która pracuje z ludźmi, lekarzem, psychologiem, księdzem, liderem osobą, która ma wpływ na drugiego człowieka, zanim postawisz swoją diagnozę zastanów się czy faktycznie jest sens, abyś Ty się tym zajmował, nie mając pojęcia o tematyce, poza swoim osobistym punktem widzenia? Dlaczego? Możesz niepotrzebnie zasiać niepewność, przypiąć negatywną etykietę, doprowadzić do depresji. Być osobą, przez którą posypie się życie drugiego człowieka. Jest takie zdanie, które Polakom przychodzi trudno w praktyce, ale ma ono sens: „lepiej wspierać niż oceniać”. Dodałabym od siebie: „strategicznie wspierać.”

Rachela